Jak się okazuje, Sydney to nie tylko największe miasto, w jakim do tej pory przyszło mi żyć i jakie odwiedziłem. To nie tylko beton, wieżowce i tłumy na ulicach. To też niecodzienne dla polskiego oka rośliny. Wiecznie zielone drzewa, kwiaty i krzewy kwitnące w środku zimy, palmy - to wszystko dodaje uroku miastu i domyślam się, że całemu kontynentowi. Udało się nam nawet spotkać drzewo, które zrzuciło liście, ale uparcie kwitnie na czerwono. Nie brakuje też polskich klimatów - tropikalną roślinność urozmaicają szare i chwilowo bezlistne dęby, lipy i platany.

Nie chciałbym też mówić, że serce Sydney to tylko szare wieżowce i ponure ulice. Wręcz przeciwnie - dużo tu parków i zieleni - może z wyjątkiem ścisłego centrum, co jest charakterystyczne dla każdego większego miasta. Graniczy z nim wspominany już przeze mnie Royal Botanic Garden. Od strony Opery ogród oddzielony jest od miasta stalowym płotem i znajduje się na wzniesieniu. Widok niecodzienny, ale z pewnością miły dla oka. Dopiero patrząc na miasto z tej perspektywy dostrzegłem, jak blisko jestem zieleni będąc w centrum, a jednocześnie jak blisko jestem zatłoczonego miasta, spacerując po parku.

A sam park - cóż... takie miejsca zawsze są ciekawe i miłe dla oka. Zwłaszcza, kiedy lokalne klimaty są jeszcze obce, a każde napotkane tutaj drzewo, nieważne, jak zwyczajne dla lokalnego klimatu, wydaje się egzotyczne, ciekawe i obce. Moim faworytem wśród napotkanych gatunków jest fikus. Okazjue się, że hodowany w Polsce fikus benjamina to nie jedyny przedstawiciel gatunku, a słowo fikus z powodzeniem zastąpić możemy figowcem. Doniczkę natomiast trzeba by zastąpić ładnym kawałkiem ziemi, bo tutejsze fikusy to wielkie drzewa z rozłożystymi korzeniami i gałęziami - i nie ma tu żadnej pomyłki.

Drzewa te wypuszczają z gałęzi korzenie na kształt dredów lub warkoczy. Rosną dłuższe i dłuższe, aż w końcu dosięgają ziemi i zakorzeniają się w niej, przybierając na wadze i upodabniając się do pnia. Udało nam się nawet znaleźć fikusa, którego pierwotny pień spruchniał i załamał się, a cała roślina podtrzymywana jest właśnie przez takie "włosy". Z pewnością jest to dobry sposób na nieśmiertelność, albo na przedłużenie sobie życia.

Korzenie bywają jednak rozłożyste jeszcze na inny sposób. Zależnie od odmiany, pień figowca potrafi przyjmować różne kształty. A gdy akurat trafimy na taki o gwieździstym przekroju, pod nogi patrzeć będziemy musieli jeszcze kilka, a może nawet kilkanaście metrów od niego. W przeciwnym razie istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyjrzymy się korzeniowi z bliska, najpierw potykając się o niego.

Australijczycy, jak się okazuje, są znakomitymi botanikami i prócz drzew potrafią hodować też kwiatki. W Polsce często spotykałem się z jukami w ogrodach znajomych. Wypuszczały kwiaty, które około półtora metra nad ziemią rozkwitały mlecznym baldachimem. Tutaj postanowiono zrobić krok do przodu. Półtora metra nad ziemią należałoby się zacząć zastanawiać, czy niedługo skończą się liście. Żeby za to zobaczyć kwiat, trzeba by spojrzeć nieco ponad 4 metry do góry. Trzeba też pamiętać, że kwiaty są czerwone, żeby odznaczały się na tle chmur na niebie przy tak wysoko zadartej głowie obserwatora (od razu śpieszę ze sprostowaniem: opisane kwiaty skojarzyły mi się z jukami, dlatego też tak je nazwałem. W rzeczywistości może to być zupełnie inna roślina, czego, niestety, nie udało mi się dowiedzieć).

W tym miejscu na chwilę odejdziemy od tematu przyrody: w tle na zdjęciach uwieczniliśmy Katedrę Najświętszej Maryi Panny w Sydney. Wybudowana na początku XIX wieku jest największym budynkiem sakralnym w Australii. Obecnie jest też siedzibą prymasa Australii.

Royal Botanic Garden odkrył przed nami jeszcze jedną osobliwą roślinę. Z początku nie wiedzieliśmy, co to takiego. Trochę przypominało drzewa rosnące w okolicy, ale nie było drzewem. Miało krzewiastą budowę, ale już na pierwszy rzut oka widać było, że to nie krzew. Ogrodzona płotem, żeby nie podchodzić zbyt blisko, budziła kontrowersję i przyciągała turystów. Roślinka musiała czuć się jak prawdziwy celebryta: każdy, kto przechodził obok, najpierw zawieszał wzrok, a potem odwracał głowę, za którą podążało całe ciało i już po chwili maszerowało ku płotkowi i tablicy z wyjaśnieniami. Okazuje się, że tajemnicza roślina to dracena smocza. Wielkie drzewo, które lata temu przewróciło się, ale nie straciło sił do życia i zostało już tak, zielony inwalida, ścięty z nóg, ale nadal pełny życia. I, co najważniejsze, najsławniejszy w pięknej okolicy.

Nasze dotychczasowe botaniczne podboje wypadają blado na tle tego, co ma do zaoferowania Australia. Jednak już po pierwszych dwóch tygodniach spędzonych tutaj pewien jestem jednego: ten kraj potrafi zachwycić. Roślinnością, zabudową, krajobrazem, zwierzętami. Może to dopiero początek przygody i wszystko, co zobaczyliśmy do tej pory wydawać się może nie tak znowu niezwykłe i szczególne, ale dla nas to właśnie to, po co tu przyjechaliśmy: niecodzienność, egzotyka i piękno przyrody. Ja od jakiegoś czasu zakochany jestem w palmach. Kasi podobają się kwitnące drzewa i kwiaty. A to dopiero początek...
Hmm chyba muszę się ponownie wybrać do Royal Botanic Garden ;)
OdpowiedzUsuńTo moze jutro :D
OdpowiedzUsuń