sobota, 9 sierpnia 2014

Lepszy wróbel w garści...

...niż gołąb. Na dachu, na chodniku, na drzewie - co za różnica. Zawsze będę wolał wróbelki. Podobno gołębie to ptaki, które są wszędzie. Mówi się, że na całym świecie, niezależnie od kontynentu i klimatu, w dużych miastach występują te ptaki. Są wszędzie, jedzą wszystko i... załatwiają swoje potrzeby wszędzie. Z reguły na moje auto, którego na szczęście nie zabrałem ze sobą do Sydney. Bo tutaj gołębie też przywędrowały. Nie ma ich tylu, co w  Europie. Ledwie kilka razy widziałem pojedyncze sztuki i raz  całe stadko, pasące się na kawałku zieleni w mieście. Dorodne były i świecące, jakby bardziej upasione, niż te, które mamy okazję gościć w Polsce. Mam też wrażenie, że rolę gołębia w Australii zastąpił ibis czarnopióry.
Jest wszędzie, je i lata. Nasze pierwsze spotkanie z tym ptakiem wyglądało mniej więcej tak: 
My: ŁAAAAAAŁ ALE FAJNY PTAK!
Ibis: ...
My: Ale fajny, długi dziób. Ciekawe, co to za ptak.
Ibis: ...
My: Ale fajny ptak! I nie boi się ludzi. Chyba żadne ptaki nie boją się tutaj ludzi. Je nasze okruszki!
Ibis: Omnomnom.
My: To chyba taki lokalny gołąb...
Prócz gołębi, które i tak już otrzymały dostatecznie wiele uwagi z mojej strony, spotkaliśmy też ostatnio i regularnie spotykamy jeszcze jednego przedstawiciela gatunku wszędobylskich: mewy. Są wszędzie tam, gdzie do tej pory byliśmy. A biorąc pod uwagę, że pojawiają się w każdym nowym miejscu, w którym jesteśmy, pokuszę się o stwierdzenie, że nie ma miejsca w Sydney, w którym nie ma mew. Ostatnio kolega podzielił się ze mną anegdotką, że widział w restauracji mewę, która przyleciała na obiad. Ale nie stanęła kulturalnie przy barze ani nie zajęła miejsca przy wolnym stoliku w oczekiwaniu na kelnera, tylko usiadła obok pewnej jedzącej frytki kobiety i zwyczajnie, bez pytania, zaczęła się częstować. Szczyt bezczelności.
Kolejną odmianą globalnie występujących latających są dzierzbowrony białogrzbiete. Też są w całym mieście. Latają, skaczą i śpiewają. To ostatnie, muszę przyznać, wychodzi im najlepiej. No, może poza pozowaniem do zdjęć w stylu "zobacz, jaka ładna nóżka". Sprawiają wrażenie całkiem sympatycznych, chociaż ich długie i ostro zakończone dzioby budzą we mnie pewien niepokój.
Ostatnią już grupą zwyczajnych-niezwyczajnych ptaków są papugi. Białe i kolorowe, ciche i głośnie, latające i siedzące na wszystkim, na czym się da. Im bardziej zbliżamy się do wiosny, tym więcej ich widać i więcej słychać. Niestety, tym kolorowym trudno zrobić zdjęcie, bo cały czas pozostają w ruchu. Udało się nam uwiecznić jedynie parkę kakadu żółtoczubych, ale to dopiero koniec zimy i prawdziwa inwazja papug ma nastąpić niedługo.
To jeszcze nie koniec o ptakach. To ich tutaj widzieliśmy do tej pory najwięcej i w oczekiwaniu na koale, kangury, wombaty i diabły tasmańskie pochwalę się jeszcze czaplą białolicą. Jak każdy ptak spotkany przez nas na mieście, nie bała się nas i dała się sfotografować z lampą z odległości pół metra. Ignorując naszą obecność, jadła sobie coś w trawie, nie mając najmniejszej ochoty zakończyć wieczornego spaceru z powodu natarczywych turystów.
Prócz ptaków spotkaliśmy też do tej pory sporo jaszczurek. Pojawiły się niedawno, chyba wyczuwając zbliżającą się wiosnę. Są małe i płochliwe, wyłażą przeważnie spod kamieni, murków, ze szczelin w zabudowaniach i wylegują się na słońcu. Nie wyglądają ani na jadowite, ani na specjalnie niebezpieczne i uciekają, jak tylko zauważą człowieka.
Ostatnie spotkanie z australijską fauną, jakie mieliśmy szansę przeżyć, to małe stworzonko na słonecznej plaży - krab mictyris longicarpus, po angielsku nazywany light-blue soldier crab (nie udało mi się znaleźć polskiej nazwy). Spotkaliśmy też trochę jego kolegów, ale zakopani w jamkach z piasku nie chcieli zapozować do zdjęcia.
To, co do tej pory zobaczyliśmy, jest tylko małym kawałkiem przyrody australijskiej. Być może wiele z tych zwierząt nie wzbudza zachwytu, lub można je spotkać w innych miejscach. Ale czekając na następne, czy to ciekawsze, trudniejsze do zobaczenia, czy wzbudzające większe emocje, niż jaszczurka na kamieniu zwierzęta, cieszymy się z każdego nowego "odkrycia". Bo, jak to mówią, lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu.

7 komentarzy:

  1. Jak lepszy wrobel w garsci niz golab na dachu to po ch** wyjezdzales Robert ;)?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha ha ha! Ja wiem :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Gołąb zawsze i wszędzie jest przede wszystkim wkurwiający. A jak się do niego strzeli to spadnie :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Ziomuś, to dla każdego masz inną odpowiedź?

    OdpowiedzUsuń
  5. Dla każdego odpowiedź jest taka sama i nigdy jej nie ukrywałem. Goniąc gołębia jednocześnie nie pozwoliłem, żeby mój wróbelek wyleciał mi z garści :).

    OdpowiedzUsuń
  6. A ten wróbelek to co? Bo chyba się pogubiłam O.o

    OdpowiedzUsuń