czwartek, 31 lipca 2014

Shopping!

Każdy chodzi do sklepu. W Polsce mamy biedronki, lidle, teskacze i inne wielkie markety. Każdy ma swój ulubiony, albo najbliższy sklep, w którym kupuje. Ja na przykład przyzwyczaiłem się do robienia zakupów w biedrze, bo blisko, tanio i jakościowo też w porządku. Później przerzuciłem się na lidla, bo ma świeże pieczywo i mango, którego w biedronce czasem nie uświadczysz. No, i można w nim płacić kartą. Z biedronki mimo to nie potrafiłem zrezygnować, bo w lidlu niektórych artykułów po prostu nie ma.
Wyjazd do Australii zmusił mnie do podobnych poszukiwań tutaj. Trzeba się zorientować, jakie sklepy są w pobliżu, jakie towary oferują i w jakich cenach. Trzeba się też nauczyć korzystać z nowej waluty. A to w Australii okazało się dość ciekawym doświadczeniem.
Zacznijmy od banknotów. Spotkać można 5, 10, 20, 50 i 100 dolarów. Wszystkie niskie i długie, plastikowe, z małym przezroczystym okienkiem z boku. Do tej pory nie wiem, jak odróżnić awers od rewersu, bo wyglądają prawie identycznie. Zgaduję, że przód jest po drugiej stronie tyłu. Argument mam jednak tylko jeden. Strona podejrzana o bycie przodem ma na sobie napis ze słowną wartością banknotu.
W bilonie mamy 5, 10, 20 i 50 centów o gigantycznych rozmiarach. Nasza pięciozłotówka się chowa, a i euro nie ma za bardzo startu. Jest też jednodolarówka. Ładna, złota, zgrabna. Do tej pory spotkałem się z kilkoma awersami. Na końcu krążek o największej wartości i najmniejszej średnicy: dwa dolce. Malutkie, malutkie. Trudne do znalezienia w portfelu między gigantyczną konkurencją. Z drugiej strony - łatwe do odróżnienia na dłoni. Ocenę praktyczności takiego rozwiązania pozostawiam Wam, a sam zabieram się za skomentowanie cen.
Pierwszą rzeczą, która przykuła moją i Kasi uwagę, było tradycyjne chyba na całym świecie $0.99. Ja się pytam, jak mam tyle zapłacić, nie posiadając karty kredytowej? Nie wiedziałem. Dałem dolca. Reszty nie dostałem, bo jednocentówek brak. Następnym razem kupię pieć sztuk, dostanę przynajmniej moje  5 centów rreszty! Albo wymierzę tak, żeby zaokrągliło się w dół i jeszcze na tym biznesie zarobię :).
W sklepach jest jak u nas: drogo i tanio. Zależy od sklepu i od produktu. No, i od jego pochodzenia. Australijczycy zauważyłem, że strasznie lubią chwalić się swoim i dosłownie na wszystkim, od papieru toaletowego po elektronikę, drukują znaczek z kangurniem mówiący, że to, co chcesz kupić, zostało wyprodukowane w Australii. Jakby tego było mało, gdyby przypadkiem coś było importowane, w widocznym miejscu potrafi pojawić się informacja, że może i jest to produkt zagraniczny, ale właścicielem marki jest firma australijska. A teraz kilka słów o zieleninie.
Ziemniaki stoją po 2 dolary (a raczej po $1.99). Zwykłe, słodkie, czy kolorowe - nieważne. Za kilogram pomarańczy zapłacić trzeba dolca, a za mandarynki $3. Chcieliśmy trochę przyoszczędzić, wybierając najtańsze produkty, ale mielone z pomarańczą nie smakują najlepiej. A wychodzą w miarę tanio, bo mielona wołowina warta jest 5 dolarów za kilogram :).
Owoce wszędzie strasznie przyciągają zapachem. Z powodzeniem można zamknąć oczy i kierując się tylko zapachem zgadywać, obok czego się przchodzi. Melony pachną melonem tak mocno, że nie trzeba się zastanawiać, gdzie leżą. Podobnie jest z warzywami. W dziale z zieleniną unosi się zapach przypominający ten z przydomowej szklarni. Pomidory, ogórki, czosnek - aromat, jakiego w polskim sklepie nigdy nie uświadczyłem. To z pewnością odróżnia nasze warzywniaki od australijskich.
Owoce egzotyczne, jak na egzotyczny kraj przystało, są dojrzałe i nie trzeba czekać, aż dojdą w warunkach domowych. Szkoda tylko, że mają ceny zbliżone, a czasem nawet wyższe od polskich.
Jabłka - tak, jak myśleliśmy, są tutaj produktem egzotycznym. Od 5 dolarów za kilo w górę (chociaż udało się też znaleźć prawie połowę tańsze), poukładane w ładne stosy, wypolerowane. W krainie owoców najbardziej zaskoczyły nas jednak maliny. Można by powiedzieć że w Polsce są drogie, płacąc 5 zł za mały pojemnik. W Australii - UWAGA - 55 dolarów za kilogram! Ponad 150 zł za odrobinę przyjemności. Rozbój w biały dzień...
Egzotyczne orzechy (w tym nerkowce i macadamia) mają taką samą cenę, ale są świeżutkie. Sprzedawane na kilogramy, są cały czas podgrzewane lampami, przez co mają zupełnie inny smak. Niebo w gębie!
To chyba tyle w kwestii naszych sklepowych podbojów. Na zdjęciach znajdziecie trochę zieleniny razem z cenami, co może rzuci lepsze światło na temat. Przyjrzymy się jeszcze dokładniej temu tematowi i jeżeli coś zwróci naszą szczególną uwagę, podzielimy się tym na blogu. Tymczasem zwijamy manatki i biegniemy do Aldi po importowane piwo za 3 dolary (tańszego nie ma, a z polskich udało się nam znaleźć Żywca i Warkę - oba za $5) - już późno, a duże sklepy zamykają tutaj o 17. Chociaż... dzisiaj jest przecież czwartek. Dzień targowy. Mamy w takim razie czas na zakupy do późnego wieczora. Zmiana planów! OPERO - NADCHODZIMY!

5 komentarzy:

  1. W Chrabo też można płacić kartą, nie nadążasz Źą :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ gigantyczne papryki! Czy to Australijski standard?

    OdpowiedzUsuń
  3. a kiedy będą jakieś kangury? :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Asia - No tak, w chrabo można płacić kartą, ale do niedawna się nie dało i to miałem na myśli :).

    Paweł - to jakaś taka odmiana, normalne też są. Gigantyczne są też te słodkie ziemniaki z tyłu na tym samym zdjęciu. Robiliśmy obiad na dwa dni - wystarczył nam jeden :P.

    Łucja - jeszcze nie byliśmy ani w zoo, ani za miastem...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja tam czekam na koalę. Tydzień w Australii i nie widzieć koali - wstyd i hańba narodu polskiego!

    OdpowiedzUsuń