piątek, 25 lipca 2014

Niech żyje jet lag

Lubię spać.
Poprawka. Lubimy spać. Do tego stopnia, że wstaliśmy dzisiaj o 15.15. Czasu polskiego to będzie 7.15, czyli akurat godzina, o której ostatnio Kasia przewracała się na drugi bok, a Robert na plecy. Można by powiedzieć, że nic w tym dziwnego. Każdy był kiedyś na imprezie, z której wrócił rano i spał do wieczora. Sęk w tym, że my wczoraj na imprezie nie byliśmy...
22 lipca o 14.55 wystartował nasz samolot z Wrocławia. Po krótkim i "pełnym" niespodzianek locie LOTem (ja się pytam, gdzie jest moja kanapka i kto myślał, że małe Prince Polo i szklanka wody mi ją zastąpi?!?) wylądowaliśmy w Warszawie. Razem z naszymi bagażami, bo wrocławskie lotnisko dalej, niż do Helsinek bagaży odprawić nie mogło, a nasze karty pokładowe na kolejne loty wydrukować mogliśmy dopiero w stolicy. Po 3-godzinnym postoju i obiedzie za sto zeta siedzieliśmy w kolejnym samolocie. Tym razem niespodzianka była jeszcze większa, bo maszyna przy drzwiach miała naklejkę FlyBe. Tanie linie. Nawet wody nie dali. Kocham LOT :3. 
O 23.45 czasu Helsin...skiego? ..kowego? Kasia i Robert wyszli z samolotu w dolinie Muminków.

Kolejny lot czekał nas za 2 godziny. Czasu starczyło ledwie na dojście do odpowiedniej bramki i kupienie magnesu z Muminkiem. Polecieliśmy dalej, tym razem do Singapuru. Lot miała nam umilać mająca azjatyckie korzenie ekipa stewardess i blondwłosy steward.
Podróż trwała 12 godzin. Samolot - Airbus A340 - dawał się we znaki. Ciasno jak w małym fiacie. Drętwiało wszystko. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, dlaczego kazano nam prawie na cały lot pozamykać okna. Noc trwała pół dnia polskiego i pół dnia singapurskiego. Dali obiad (a nie, sorry: obiadek. Obiaduś. Obiadeczek) i śniadanie. Pani Chinka starała się rozdać coś do picia, ale nikt nie brał, bo nikt nie wiedział, czy "łotiiiii, łotiiiii" to woda, czy herbata. Znowu wszystko zdrętwiało. Po 12 godzinach wyszliśmy z samolotu prosto na.... wykładzinę dywanową. Całe lotnisko, wielkie i ogromne, jest w wykładzinie. Fajnie, bo cicho. Niefajnie, bo ktoś to musi sprzątać. Na lotnisku, prócz wykładziny, znaleźliśmy storczyki, palmy i ogród botaniczny (ale wejścia do niego nie znaleźliśmy, było za daleko, a czasu na przesiadkę mało). 
W Singapurze zrobili nam ostatnią przed Sydney kontrolę bagażu i wpuścili na pokład Airbusa A330. Na bilecie pisali, że będzie tylko obiad, ale dali też śniadanie, a na obiad do wyboru były 3 dania. Od przylotu na lotnisko we Wrocławiu do wejścia do samolotu minęło już w sumie 27 godzin, więc zmęczenie zaczęło dawać się we znaki. Od wylotu staraliśmy się sypiać zgodnie z czasem australijskim, więc miała to być pierwsza przespana noc. Nie była. 
W samolocie ja nie potrafię spać dłużej, niż godzinę, bo wszystko drętwieje, a i Kasi nie przychodzi to łatwo. Zaraz po tym, jak znaleźliśmy się nad oceanem, przeszedł mnie zimny dreszcz. Samolotem trzepnęło w górę i w dół. Nie wiedziałem, co mam myśleć. Pierwsze, co mi przyszło do głowy - zestrzelili nas!. Pilot kazał wszystkim szybko zapiąć pasy. Pomyślałem, że już po nas i że niemożliwe, żeby to był tylko wiatr. W tej samej sekundzie zobaczyłem, że Kasia próbuje nie rozlać coli. W szklance szalał sztorm. Pomyślałem, że nie może się zmarnować i trzeba szybko wypić. Była to pierwsza myśl, którą postanowiłem się podzielić z Kasią. Dopiero później uświadomiliśmy sobie, jak bardzo w tamtej chwili absurdalna.
O 6 rano wylądowaliśmy w Sydney. Mieliśmy nadzieję, że do tego czasu zrobi się jasno. I znowu zaskoczenie. Zmieniliśmy strefę czasową, więc noc w Polsce to tutaj dzień. 
Ale zmieniliśmy też półkulę. Jest koniec lipca, a tutaj środek zimy. Słońce wychodzi zza horyzontu o 7 rano, a chowa się o 16. Co śmieszne, ten fakt uświadamiać sobie musieliśmy 2 razy: pierwszy - podczas lądowania. Drugi - po wyjściu ze sklepu. Weszliśmy o 16. Wyszliśmy jakoś w środku nocy, jak już było ciemno i zimno, czyli przed 17. Przyjechaliśmy do Australii, a ja właśnie usłyszałem, że może się tutaj uodpornimy na zimno. I co najgorsze, nie był to żart. Dopiero tutaj przypomniałem sobie po latach, co to długi rękaw, a Kasia nawiązała przyjaźń z kaloryferem :).
Gdzieś czytałem, że w Australii wszystko jest na odwrót. Czy wszystko - głowy nie dam. Przekonałem się już, że noc to tutaj dzień, a lato to zima. Księżyc w nocy jest czerwony, a samochody jeżdżą nie po tej stronie. W domach nie ma ogrzewania, a okna otwierają się do góry. Z nami też tutaj jest coś nie tak... kładziemy się rano, wstajemy wieczorem. Niech żyje jet lag!

4 komentarze:

  1. Odnośnie absurdalnych myśli w samolocie, to miałem podobną historię. Na lotnisku w Monachium zostawiłem 3 czekolady zakupione kilka minut wcześniej w sklepie bezcłowym. W trakcie lotu do Wrocławia zostaliśmy poinformowani o niedziałającym układzie hamulcowym i koniecznośći powrotu na lotnisko w Monachium. W pierwszej chwili naprawdę się ucieszyłem licząc, że odzyskam moje czekoladki :)

    Jak to jest z fauną w Australii, udało wam sie juz coś ciekawego wypatrzyć? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej. Bloga polecił mi Kobier. Oj ciężko się dostać do Australii. Na długo przyjechaliście? Do pracy czy turystycznie? Możecie napisać jak załatwialiście z formalnościami (wizy, itp.) / organizacją (mieszkanie, itd.)?

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej. Cały problem w dostaniu się do Australii polega na tym, że musisz mieć wizę i pięciocyfrową kwotę na koncie. W naszym przypadku Kasia starała się o wizę 476, czyli 18-miesięczne prawo do pobytu bez ograniczeń. O taką wizę możesz się starać maksymalnie 3 lata po skończeniu Politechniki Wrocławskiej. Dodatkowo musisz zdać IELTS (test językowy) na łączną ocenę minimum 6 i zrobić badania lekarskie (w tym badania krwi na obecność kilku wirusów i RTG klatki piersiowej). Ja, z braku innej możliwości, mam wizę studencką, która pozwala mi na pracę na pół etatu i zmusza mnie do nauki, w związku z czym chodzę na intensywny kurs angielskiego. Do wizy nie potrzebowałem IELTS i badań krwi, ale potrzebowałem trochę więcej pieniędzy. We Wrocławiu są agencje, które zajmują się pomocą w załatwianiu wizy i to oni za nas wszystko załatwiali, my tylko musieliśmy dostarczyć potrzebne dokumenty. Mieszkanie na pierwszy miesiąc wynajęliśmy od agencji, która się tym zajmuje i współpracuje z tą od naszych wiz. Planujemy zostać tu do połowy marca. Pracować i zwiedzać ile się da, a w ostatnim miesiącu pojechać na większą, długą wycieczkę i potem wrócić do Polski.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mała poprawka - IELTS zdać trzeba na minimum 6 z każdego komponentu, a nie na łączną ocenę 6.

    OdpowiedzUsuń